środa, 8 kwietnia 2015

IV. [Nie]realne

Za zgodą upiornej właścicielki wolniutko spacerowałem po pomieszczeniu, bacznie przyglądając się obskurnemu wnętrzu chaty. Owy widok bardziej przywodził mi na myśl dom strachów, a niżeli zwykły budynek mieszkalny. Skrzypiące podłogi, drzwi i schody. Staromodne, pokiereszowane meble, przykryte grubą warstwą kurzu. Pęki ziół – lub też bezużytecznych chwastów – przywieszonych do podsufitki, do drewnianych bali stanowiących główną podporę dla dachu chaty, a nawet do okazałego i równie okazale osmolonego kominka. Domek zamieszkiwało całe stado [nie]chcianych lokatorów; od pająków – małych i włochatych oraz tych większych ze smuklejszymi odnóżami, poprzez różnobarwne żuki i szarawe myszy, a kończąc na białym, wrednym kocie. Sterty książek i zwoi, a także półki gnące się pod ich ciężarem. Wszystko, co mogło ulec uszkodzeniu – zostało uszkodzone. Wszystko, co mogło ulec potłuczeniu – było potłuczone.
Istny raj dla perfekcjonisty, czyż nie?
Stara zielarka – po dość długiej krzątaninie w kuchni – zajęła miejsce w fotelu, który jako jedyny mebel z całego dostępnego asortymentu wyglądał najstabilniej, by po niespełna chwili ułożyć na swoich kolanach śnieżnego pupila. Jej postawa, jej zachowanie, jej stanowcze spojrzenie, jej tajemniczość, jej upiorność – wszystkie te czynniki sprawiały, że miarowo zacząłem odczuwać w stosunku do niej prawdziwy respekt. Naraz zalała mnie fala bliżej niepojętych uczuć, paraliżując na jakiś czas.
Dziwne, pomyślałem. Nigdy przedtem nie doświadczyłem czegoś podobnego. Doprawdy, nigdy przedtem.
W ucieczce przed upiornym wzrokiem równie upiornej zielarki zacząłem nad wyraz uważnie przyglądać się garnkom stojącym na solidnie rozgrzanej kuchni. W jednym z nich dostrzegłem rażąco zieloną ciecz.
S t r a s z n ą, rażąco zieloną ciecz…
Przełknąłem głośno ślinę, gdy oblały mnie zimne poty. Usiłowałem sprowadzić myśli na zupełnie inny tor, byleby tylko nie zastanawiać się zbytnio, czym to coś, u licha, mogło właściwie być.
– Galaretka jabłkowo–miętowa, Sasuke – odezwała się nagle. – Lubisz?
Ogarnij się idioto! Trzęsiesz portkami na widok starej zielarki? Kim ty, do cholery, jesteś? Trzyletni chłopiec ma w sobie więcej odwagi od ciebie!
– Nie – odparłem naprędce. Wyprostowałem się, szybko odzyskując naturalny rezon. Skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej i dumnie uniosłem głowę. Nikt nie będzie tutaj ubliżał wielkiemu Uchiha, a w szczególności – ja sam.
– Chciałbym się dowiedzieć – zacząłem od najważniejszego – skąd mnie znasz i jaki jest cel dzisiejszego spotkania.
– Chciałabym na wstępie zaznaczyć – odparła – że nie mogę otwarcie udzielać odpowiedzi na zadane pytania, a jedynie wskazywać drogę do poprawnego rozwiązania.
Hę?
– Więc w jaki sposób powinienem z tobą rozmawiać? – Zaintrygowany całą sytuacją, usiadłem naprzeciw niej – z wyraźną niechęcią, swoją drogą, bo krzesło było umorusane kolejną podejrzaną wydzieliną, a do tego oprószone kocią sierścią. Miałem cichą nadzieję, że zdołam pozyskać brakujące informacje poprzez wyczytanie ich z wyrazu twarzy podstarzałej kobiety, uważałem się bowiem za całkiem dobrego psychoanalityka, ale... wyjątkowo mocno się zawiodłem. W życiu bym się przed nikim nie przyznał, że cwaniara okazała się być mistrzynią w owej dziedzinie. Przez niespełna minutę odbywaliśmy potyczkę na spojrzenia. Jeszcze nie potrafiłem stwierdzić, czy przegrałem, czy może jednak doszło do remisu...
– Jesteś nadętym, gburowatym, zadufanym w sobie, egoistycznym smarkaczem, święcie przekonanym, że ma do wszystkiego prawo. Nie potrafisz przegrywać, ani przyznać się do błędu. Uczucia inne niż; nienawiść, zazdrość, gniew czy lęk są ci zupełnie obce. A na koniec tego wszystkiego, w czasie ekstazy doznawanej podczas dokonywania masowych mordów, wykształciłeś w sobie pasożyta, który teraz stopniowo cię zjada. Innymi słowy – alter ego.
Ta kobieta kiedyś nas skompromituje, byleby tylko nie publicznie!
Och, no nie! Znowu przylazłeś? Jesteś zbyt słaby. Dzisiaj nie wygrasz.
Pozwól mi! Ja się tym zajmę! Dla dobra nas obu!
Cicho!
– Moja wiedza jest wyjątkowo niebezpieczna, Sasuke. Gdybym powiedziała zbyt dużo, moglibyśmy zupełnie niechcący zmienić bieg wydarzeń.
Co ona pieprzy? To wariatka…
Zamknij się wreszcie!
Dlaczego? Ja też mam tutaj coś do powiedzenia. Nie jesteś przecież sam w tym ciele, egoisto!
Cicho!
– Wiesz, że potrafię ci pomóc, dlatego przyszedłeś – ciągnęła dalej, w żadnym stopniu nie zmieniając postawy. Nawet przebrzydły sierściuch posłusznie tkwił w jednym miejscu, nie poruszając się zbytnio, jakby czekał na rozkazy swojej pani.
– To nie kwestia wiedzy, raczej intuicji – stwierdziłem, wzdychając ciężko. – Umysł ostatnio mnie zawodzi – wyznałem szczerze. – Kierowanie się przeczuciem jest w obecnej chwili dużo rozsądniejsze.
– Chciałabym usłyszeć twoją teorię.
– Szczerze mówiąc, nie mam żadnej. Pojawiłaś się nagle i tak samo nagle pojawiło się nocne widmo. Dałaś mi kawałek wstążki, a kilkanaście godzin później drugą część otrzymałem od ducha. Za cholerę nie wiem; dlaczego, jak i po co, ale jestem pewien, że to nie przypadkowy splot zdarzeń.
– Owszem. Coś jeszcze?
– Myślę, że pomożesz mi się tego pozbyć.
– Ducha?
– Też.
– I?
– Alter ego.
Pfff… chłopaczku, na co ty liczysz?
Cicho!
– Ach, no tak, oczywiście. – Wstała zupełnie niespodziewanie, zrzucając ze swych kolan mlecznego kota, po czym pośpieszyła do sąsiedniego pomieszczenia. – Jak mogłam o nim zapomnieć?! – krzyknęła.
Sierściuch natomiast zawędrował w okolice mojej lewej nogi. Po niespełna chwili zaczął się o nią ocierać, mrucząc przy tym wniebogłosy. Jak zwykle! Jak zwykle coś musiało mnie zirytować. Jak nie pieprzone alter ego, to zwierzęta, których szczerze nie znosiłem. Za co, do cholery, wszyscy tak mnie ubóstwiali? Dajcie spokój, jak w tym świecie nie oszaleć...
– Spadaj! No spadaj!
Kot – wyraźnie obrażony – dumnie wzniósł kitę ku górze i przepadł gdzieś za stołem, a stara zielarka wróciła ze zwojem długości ludzkiej ręki pod pachą i oznajmiła:
– Bądź pilnym uczniem, Uchiha, uważnie słuchaj poleceń, a wyleczę twój umysł i duszę z ułomności.
– Chwileczkę – zacząłem – jeszcze na nic się nie zgodziłem.
– Szkoda czasu na zbędną paplaninę. Przed nami nawałnica pracy.
– Aha… – Uniosłem brwi.
Miałeś rację, to wariatka.
Ja zawsze mam rację, stary… To jak? Działamy?
Cicho!
Kobieta wyciągnęła przed siebie dłoń, na której znajdował się czerwony proszek, po czym umiejscowiła ją idealnie na wysokości mojego wzroku. Spojrzałem na nią z lekkim zażenowaniem. Co miałem z tym niby zrobić? Zjeść czy może wciągnąć nosem?
– I nie przejmuj się raną na nodze, potem ją opatrzymy.
– Co? – Zaskoczony, zupełnie machinalnie wyprostowałem obie dolne kończyny, ale jedna z nich niefortunnie nadziała się na zaostrzony fragment drewienka wystający z krzesła. Rana dotkliwie zabolała, a materiał spodni szybko nasączył się krwią.
No dobra, teraz to dopiero byłem obsrany…
Ponownie łypnąłem na zielarkę. Kobieta w tym samym czasie – bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia – dmuchnęła w moją zaszokowaną twarz owym tajemniczym, czerwonym proszkiem...

Czując piasek pod powiekami, otworzyłem oczy z przeogromnym trudem. Jednakże oślepiający blask poranka sprawił, że wyjątkowo krótko cieszyłem się owym małym sukcesem.
Tylko  i d i o c i  nie zasłaniają okien.
Byłem naprawdę wyczerpany i najchętniej przespałbym calutki dzień. Lubiłem ten stan – oznaczał wyjątkowo udany trening lub też równie dobrze odbębnioną misję. Tak poza tym, czułem się podejrzanie… radosny. Nie no, poważnie, to pierdolone szczęście wręcz rozsadzało mnie od wewnątrz. Tylko, dlaczego? Co takiego wydarzyło się wczoraj? Nie, co takiego wydarzyło się niespełna chwilę temu? Cholera, nie pamiętałem. I… cholera! Byłem nagi!
A pieprzyć to, pomyślałem, przeciągając się na łóżku. Kogo mogło to obchodzić, skoro i tak mieszkałem zupełnie sam? Ach, jeszcze coś… nie wyczuwałem obecności alter ego, co oznaczało plus pięćdziesiąt punktów do udanego dnia. Mmmm…
– Uwielbiam, kiedy uśmiechasz się w ten sposób – usłyszałem nagle. – I uwielbiam, kiedy jesteś zaspany. Doprawdy, Sasuke, rozczula mnie ten widok.
Zamieniłem się w jedną, wielką kłodę – to znaczy, czysto metaforycznie, rzecz jasna. Otwierając jedno oko, modliłem się, by nie był to tylko kolejny objaw schizofrenii.
No niewątpliwie – kobieta. Szkoda tylko, że ciepłe promienie słońca blokowały mi dostęp do widoku jej twarzy. Czyżbym aż tak bardzo zabalował ostatnimi czasy? Albo nie! Lepiej! Może wcale nie wygrałem potyczki z alter ego i przez kilka dni – jak nie tygodni! – alter ego rozhulało się na dobre. Tylko jeżeli wczoraj bestia faktycznie zabawiała się z tą tutaj obecną panienką, to dlaczego jej nie zabiła? Bestia kochała krew, więc zwyczajny seks nigdy, ale to przenigdy, by jej nie zadowolił.
Cholera, niczego nie pamiętałem.
– Przepraszam, obudziłam cię. Nie chciałam, naprawdę – szepnęła czule. Otworzyłem usta, już nawet dobrze przemyślałem sobie, co powinienem był wówczas powiedzieć, ale finalnie jakoś żadne słowa nie przeszły mi przez gardło. Znowu zamarłem. To wszystko było jakieś dziwne. Jakieś takie nielogiczne… Musiałem się poważnie zastanowić...
Ona natomiast – wyciągnęła przed siebie szczupłą dłoń i kciukiem przesunęła po mojej dolnej wardze, czynem tym wybudzając swojego byłego – lub niedoszłego – kochanka z krótkiego letargu. Owy pozornie niewinny gest sprawił mi niebywałą przyjemność.
Doprawdy niebywałą  p r z y j e m o ś ć  – jeżeli domyśliliście się już, co mogłem mieć przez to na myśli.
Sasuke, opanuj się – zganiłem sam siebie. Jeszcze nie widziałeś jej twarzy. Jeszcze nawet nie wiedziałeś, jak ona wyglądała, więc po co ta przedwczesna ,,radość”? Poza tym, do cholery, rzeczywiście dawno z żadną bliżej nie obcowałem, ale to też żaden argument. Gwałcicielem w końcu nigdy nie byłem. Znaczy, póki co…
– Co się dzieje? – zapytała miękko. – Dlaczego milczysz?
– Znam twój głos – szepnąłem do siebie, marszcząc przy tym brwi. – Chociaż z pewnością po raz ostatni słyszałem go bardzo dawno temu…
Naraz zacząłem się jej obawiać. Obawiałem się tego, kogo faktycznie mogłem spotkać.
– Oczywiście, że znasz – zaśmiała się cichutko, uroczo… – Nie rozumiem.
Prawdę mówiąc, ja też nie… I miałem tylko nadzieję, że znajdujemy się jedynie w odmętach mojego umysłu.
Gwałtownie położyłem się na niej, chwytając za kobiece nadgarstki. Płynnym ruchem unieruchomiłem obie dłonie tuż nad jej głową. Była zszokowana moją reakcją, ależ oczywiście, że tak. Nie mogła przecież wykonać nawet najdrobniejszego gestu.
– Tak właśnie myślałem – powiedziałem po chwili. Wodziłem wzrokiem po jej twarzy; po bladych policzkach, po karminowych, pełnych ustach. Patrzyłem w szmaragdowe oczy przepełnione znanym mi strachem. Oddychała płytko. Bała się.
Zupełnie tak jak  w t e d y …
Mimowolnie przesunąłem palcami po obnażonej szyi. Ciepła, przyjemna w dotyku skóra i puls...  wyjątkowo łatwo wyczuwalny nawet podczas zwykłego muśnięcia opuszkiem palca, kobiece serce bowiem stanowczo zbyt szybko pompowało krew. Cała drżała.
– Nie rozumiem – szepnąłem. – To musi być zwykły sen. Chociaż… – Uśmiechnąłem się szelmowsko. – Jest cholernie realny.
– Sasuke – odezwała się roztrzęsionym głosem. – Puść mnie. Nie jesteś teraz sobą. Wróciłeś po trudnej misji i jesteś zmęczony... W porządku, nie będę cię za to winić… Może masz gorączkę? To się czasem zdarza. Puść mnie, sprawdzę to.
Uwolniłem ją z niedźwiedziego uścisku i wycofałem się nieznacznie, zajmując drugą część wąskiego łóżka. Sakura nie zdążyła sprawdzić, czy faktycznie coś mi dolegało, bo… Zaraz chwileczkę, to przecież jej nie powinno tutaj w ogóle być! Ona nie żyła, do cholery! Nie żyła już od dobrych ośmiu lat, czego byłem pewien jak niczego dotąd! W końcu sam własnoręcznie zadbałem, by skrócić jej plugawy żywot.
– Obudziliśmy dziecko – powiedziała z wyrzutem. Wygramoliła się z pieleszy i pośpiesznie okryła nagie ciało białą koszulą. Na koniec wyciągnęła spod bawełnianej tkaniny włosy koloru pudrowego różu, by swobodnie opadły na jej plecy i drobne ramiona.
Po raz kolejny dzisiejszego poranka owy widok sprawił, że niektóre partie mojego ciała ,,ucieszyły się” aż nazbyt.
Idioto – zganiłem sam siebie. Ona nie żyła! NIE ŻYŁA! Nie rób z siebie nekrofila.
– Zrobisz w tym czasie śniadanie? – zapytała, zatrzymując się tuż przed uchylonymi drzwiami, jednocześnie zapinając guziki koszuli.
– Hę? – mruknąłem, skupiając całą swą uwagę na jej długich nogach.
– Zanim znowu zaśnie, minie masa czasu – wytłumaczyła.
Hmm…
Rzeczywiście, dało się słyszeć ciche popłakiwanie.
Hmm…
Dziecko.
Hmm...
D  z  i  e  c  k  o…
D    i    e    c    k    o…
– CO JEST, DO CHOLERY?! – krzyknąłem, zrywając się na równe nogi. Tak, całe szczęście nie zapomniałem, żeby okryć się kołdrą przynajmniej do pasa. – JAKIE DZIECKO, KOBIETO? CZYŚ TY OSZALAŁA?
Sakura puknęła się w czoło i spojrzała na mnie jak… jak na wariata.
– Za kogo ja wyszłam… – rzuciła, przekraczając próg sypialni.

Szumiało mi w głowie. Czułem się tak, jakby ktoś porządnie mi w nią rąbnął. Po chwili doszedł do tego wszystkiego potężny ból w lewej nodze. Nigdy więcej nie zamierzam śnić! Nigdy!
– Ojejej, przepraszam najmocniej! Pomyliłam proszki! Niebieski, nie czerwony. – Usłyszałem nerwowy śmiech – i to znowu kobiecy! Pierdole, nie otwieram oczu. Cholera wie, kogo tym razem spotkam! – Niebieski, nie czerwony – powtórzyła. – To przecież takie oczywiste, nie wiem, jak mogłam się pomylić.
– Może jesteś daltonistką – stwierdziłem z przekąsem.
– Przepraszam, Sasuke. Nie powinieneś był jeszcze tego widzieć. Teraz wskoczysz do świata treningowego. Sama go wykreowałam, więc nie natkniesz się na nikogo… ekhem… niepożądanego.
Zaryzykowałem i uchyliłem powieki. Stara zielarka znowu wyciągnęła przed siebie dłoń – tak jak poprzednim razem.
– Nie, nie, nie, nie, nie! – krzyknąłem, zasłaniając twarz rękoma. – Nie chcę znowu śnić!
– To nie sny, mój drogi. Słyszałeś zapewne o teorii równoległych rzeczywistości, prawda?


Od Autorki: Pierwszy raz w dziejach przyznam się bez bicia – w ogóle nie sprawdzałam. >>co za buractwo po prostu<< xD Szok to będzie, kiedy wyjdzie nowe BJ – trust me...